Historie kryminalne: Śledztwo pod niespecjalnym nadzorem. Dlaczego sprawca brutalnego morderstwa 23-latki nigdy nie usłyszał wyroku?
Dwie rany kłute klatki piersiowej, osierocone siedmiomiesięczne dziecko i śledztwo pełne amatorszczyzny, błędów oraz opieszałości. Morderstwo 23-letniej Iwony R. z Międzyrzeca Podlaskiego, do którego doszło w maju 1995 roku, do dziś pozostaje jedną z najbardziej wstrząsających i zaniedbanych zbrodni w historii regionu. Choć o zbrodnię oskarżono jej męża, proces obnażył gigantyczne zaniedbania organów ścigania, kończąc się uniewinnieniem.
Na ciele denatki stwierdzono dwie rany kłute klatki piersiowej i jedną ranę na nodze. Zadano je ostrym narzędziem. Zmarła kobieta osierociła 7-miesięczne dziecko.
23-letnia Iwona R., zamieszkała w Międzyrzecu Podlaskim, została zamordowana w nocy z 13 na 14 maja 1995 roku. Zwłoki znaleźli nazajutrz przed południem jej siostra i ojciec, którzy przyszli ją odwiedzić. Z mieszkania nic nie zginęło, więc policja wykluczyła rabunkowy motyw zbrodni. Zatrzymano męża Iwony. Przeciwko 24-letniemu Jarosławowi R. świadczyło wiele poszlak. Sprawa miała jednak nieoczekiwany finał.
Taki z niego ptaszek!
Jarosław R. sprawiał wrażenie młodego prężnego biznesmena. Modnie ubrany i przystrzyżony, pachnący markowymi kosmetykami. Do tego czarujący w kontaktach z kobietami. Iwona poczuła do niego chemię od pierwszej chwili, kiedy go zobaczyła. Po kilku miesiącach pobrali się. Było to wiosną 1993 roku.
Zanim jeszcze stanęli przed ślubnym ołtarzem, wyszło na jaw jakie „interesy” prowadził Jarosław. Wraz z kilkoma wspólnikami zajmował się przemytem spirytusu z Białorusi do Polski. Kontrabandę sprzedawali na bazarach w Międzyrzecu i Białej Podlaskiej. Przedsięwzięcie było dochodowe, niestety Jarek uznał, że zyski są zbyt małe w stosunku do jego potrzeb, toteż dodatkowo „dorabiał” kradzieżami z włamaniem.
Raz powinęła mu się noga, trafił do aresztu, a następnie do więzienia. Iwonę poznał, gdy był na przepustce z zakładu karnego.
– A, to taki z niego ptaszek! Kryminalista! I ty chcesz za niego wyjść? Radzę ci, dziewczyno, zastanów się, bo tacy jak on są zdolni do wszystkiego – przestrzegał ją ojciec. Jarosław od początku nie przypadł mu do gustu.
– Ależ tato, on nie jest żadnym potworem. Kocha mnie, a ja kocham jego – odpowiadała córka, i to zamykało dyskusję, bo wiadomo wszak od dawna, że miłość potrafi być ślepa, głucha i bezmyślna.
Postawiła na swoim. Po ślubie najpierw mieszkali w kawalerce Jarosława R. przy ulicy Lubelskiej, potem wynajęli mieszkanie na Starowiejskiej. Byli nietypowym małżeństwem. Jarosław bywał w domu w trakcie przerw w odbywaniu kary więzienia. Jako że był zdyscyplinowanym więźniem, często nagradzano go przepustkami.
Iwona pracowała w sklepie spożywczym. Jarosław, ilekroć zarobił na spirytusie, dokładał się do utrzymania. Początkowo bardzo dobrze traktował żonę, kupował jej kwiaty, zapraszał do kawiarni. Pomagał jej w pracach domowych, wykonywał drobne naprawy. W październiku 1994 roku urodziła im się córeczka.
Uwierzyła na swoje nieszczęście
Zwrot o 180 stopni nastąpił, gdy Jarosław otrzymał kolejną, tym razem trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Wcześniej Iwona nigdy nie widziała go pijanym, teraz zaczął przychodzić nawalony co drugi, trzeci dzień. Po alkoholu zachowywał się agresywnie. Wyżywał się na żonie, obrzucał ją wyzwiskami, zdarzało się, że podnosił na nią rękę.
– Dlaczego taki jesteś? Co złego ci zrobiłam? – pytała rozżalona, ocierając krew z rozbitego nosa.
– Zmarnowałaś mi życie – krzyczał, nie wyjaśniając jednak, co konkretnie ma na myśli.
Chłodno traktował córeczkę. Po urodzeniu się Klaudii, nosił ją na rękach, kołysał do snu, zapewniał, że jest jego najdroższym skarbem. Teraz ledwie ją zauważał, denerwował go jej płacz. O to też miał pretensję do Iwony.
Po niewczasie zrozumiała, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, mieli rację co do Jarka. Ze strachu przed nim nie mówiła im jednak, jakie piekło mąż jej gotuje. Maskowała pudrem sińce i udawała, że jest szczęśliwa. O tym, jak jest naprawdę, wiedziała tylko ich sąsiadka, do której Iwona czasami uciekała z Klaudią przed mężem.
Rodzice dowiedzieli się o wszystkim na miesiąc przed śmiercią Iwony. Jarek znowu ją pobił. Wzięła dziecko i uciekła do nich. Po dwóch tygodniach wyprowadziła się na stancję. Ale gdy poszła do starego mieszkania po rzeczy, spotkała Jarka. Mąż ze łzami w oczach przepraszał ją, klękał przed nią, przyrzekał, że to się już nigdy nie powtórzy. Uwierzyła mu. Na swoje nieszczęście.
Poszedł z kobietą do hotelu
13 maja 1995 roku wypadało w sobotę. Jarosław R. wyszedł wczesnym rankiem pohandlować na Rynku przemyconym z Białorusi spirytusem. Udało mu się sprzedać kilka butelek. Wrócił do domu, gdyż był umówiony ze znajomym w sprawie sprzedaży fiata 125p. Wziął za auto 250 zł, po czym około godziny 14 nogi zaniosły go do baru U Janusza. Spotkał znajomych, piwo popłynęło wartkim strumieniem.
Po jakichś dwóch godzinach do baru zajrzała Iwona. Prosiła Jarka, żeby wracał z nią do domu, bo ma dla niego obiad. Ale zaszczepiony piwem Jarek nie miał ochoty porzucać wesołej kompanii.
– Sama sobie wracaj, a ja będę tu tyle, ile mi się spodoba! No, już cię nie ma! – rzucił, znacząco zacisnąwszy pięści. Co miała robić? Poszła sobie.
Zrzucili się na kilka flaszek mocniejszego trunku. Balowali do wieczora, najpierw w barze, potem na skwerku w pobliżu starego żydowskiego cmentarza na obrzeżach miasteczka. Doszło do sprzeczki, a następnie do szarpaniny i bójki między Jarosławem a Hubertem Cz. Ten kilka dni wcześniej zaczepiał Iwonę, domagając się od nich zwrotu rzekomo pożyczonych pieniędzy. Po paru ciosach uciekł z rozkwaszonym nosem.
Około 23.30 Jarosław R. pożegnał znajomych i w towarzystwie Elżbiety G., która uczestniczyła w popijawie, poszedł do jej kolegi, by umówić się na kolejny wyjazd do Brześcia po spirytus. Nie zastali go, a że oboje mocno mieli w czubie, postanowili razem spędzić noc. Poszli do hotelu. Po drodze mijali dom, w którym mieszkali Jarosław i Iwona. Elżbieta G. zachowywała się zalotnie i hałaśliwie.
– Ciszej, bo moja się obudzi… – uspokajał ją mężczyzna.
Według relacji recepcjonisty, para zjawiła się w hotelu po północy. Zamówili w barze wino i colę, a następnie poszli do wynajętego pokoju.
Jakieś 10 godzin temu
Opuścili hotel nazajutrz około 10.00. Suszyło ich niemiłosiernie, kupili więc kilka piw i udali się do jednego ze znajomych.
– Twoja żona nie żyje – powiedział do Jarosława ów człowiek. – W domu jest już policja. Podobno morderstwo…
Mniej więcej w tym czasie, gdy Jarek i Elżbieta budzili się w hotelowym pokoju po wspólnie spędzonej nocy, do Iwony przyszedł ojciec. Chciał skłonić córkę do opuszczenia męża i zamieszkania wraz z dzieckiem u rodziców. Obawiał się, że dalsze pożycie Iwony z Jarosławem R. doprowadzi do tragedii. Przyszedł do niej z drugą córką.
Pukając do drzwi, usłyszeli głośny płacz wnuczki. Nikt nie otwierał. W końcu ojciec szarpnął klamką, drzwi ustąpiły, gdyż nie były zamknięte na zamek. Weszli do pokoju i zobaczyli Iwonę, która leżała w zakrzepłej krwi na rozścielonej wersalce. Nie dawała oznak życia. Mała Klaudia kwiliła żałośnie, wciśnięta w szparę między tapczanikiem a ścianą. Wezwali policję i karetkę pogotowia.
Lekarz pogotowia stwierdził, że Iwona R. zginęła od kilku ciosów zadanych ostrym narzędziem. Gdy badał zmarłą, obok pracowała ekipa śledcza. Na pytanie policji o czas zgonu, lekarz miał odpowiedzieć: – Jakieś 10 godzin temu, to znaczy między północą a godziną pierwszą.
Wkrótce zjawił się Jarosław R. Obecny w mieszkaniu teść oskarżył go o morderstwo Iwony. Krzyczał, że wszystko przez niego. Reakcją zięcia było wzruszenie ramion, natomiast reakcją policji – zakucie go w kajdanki i zatrzymanie jako podejrzanego o zabójstwo żony. Wystarczyło oskarżenie rzucone pod wpływem szoku i żalu przez nieszczęśliwego ojca.
Na tym wstępne czynności operacyjne policjanci zakończyli. Wszak mieli już „sprawcę”.
Poszlaka koronna
Prokurator postawił Jarosławowi R. zarzut zabójstwa. Nie miał na to dowodów, dysponował natomiast poszlakami. Wydawać by się mogło, że przekonującymi.
Po pierwsze – podejrzany znęcał się fizycznie i psychicznie nad żoną. Znaleźli się świadkowie. Kilka osób słyszało, jak groził, i to nie raz, że zabije Iwonę.
Po drugie – nie wiadomo, gdzie przebywał około północy krytycznego dnia. Wprawdzie Elżbieta G. stwierdziła, że mniej więcej o tej godzinie szła z Jarosławem do hotelu, ale sama przyznała, iż sporo wcześniej wypiła i mógł się jej na chwilę urwać film. Ponieważ mijali kamienicę, w której mieszkał Jarosław z Iwoną, owa chwila mogła wystarczyć na to, by mężczyzna wszedł do mieszkania i zadał żonie śmiertelne ciosy nożem.
Po trzecie – klucze do drzwi. Jeden komplet miała Iwona, drugi jej mąż. Zamki, według ustaleń policji, były nienaruszone, nie stwierdzono śladów włamania. Kto mógł wejść do środka, nie uszkadzając zamków? Ktoś, kto miał klucze. Osobą tą mógł być tylko Jarosław R.
Po czwarte i najważniejsze – Marzena K., owa sąsiadka, u której czasami chroniła się Iwona, zeznała, że krytycznej nocy obudził ją warkot silnika samochodu. Spojrzała na zegarek – dochodziła 24.00 – a potem przez okno. Zobaczyła, jak Jarosław R. wysiadł z taksówki i ruszył do mieszkania. Trzasnęły drzwi na parterze. W chwilę później Marzena K. usłyszała wołanie Iwony o ratunek. Zeznanie sąsiadki, chociaż w zasadniczy sposób kłóciło się z relacjami recepcjonisty hotelu i Elżbiety G., a także wyjaśnieniami złożonymi przez oskarżonego, zostało przez prokuratora potraktowane jako poszlaka koronna w sprawie. Ten właśnie wątek został wyeksponowany w akcie oskarżenia.
Jarosław R. od początku postępowania przygotowawczego nie przyznawał się do popełnienia zbrodni. Nie mógł być około północy w mieszkaniu, bo był w tym czasie w hotelu. Na pytania prokuratora, kto w takim razie, jeśli nie on, zabił kobietę, wzruszał ramionami.
– Nie wiem. Mnóstwo osób mogło to zrobić – odpowiadał. Sugerował, że morderstwo miało rabunkowy motyw, gdyż – jak twierdził – z mieszkania zginęła złota biżuteria żony.
Przy takiej liczbie poszlak obciążających oskarżonego, uznanie go za winnego zabójstwa wydawało się formalnością. Stało się jednak inaczej. Śledztwo w sprawie brutalnej zbrodni okazało się farsą.
Amatorszczyzna jakich mało…
Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Lublinie, który po wnikliwym przeanalizowaniu materiału dowodowego i po wysłuchaniu zeznań świadków, uniewinnił Jarosława R. od zarzutu zabójstwa żony.
Podczas procesu zgromadzone przez oskarżenie poszlaki rozsypały się jak domek z kart. Wątpliwości, których z rozprawy na rozprawę przybywało, potraktowano na korzyść oskarżonego. W każdej sprawie karnej większego kalibru pojawiają się jakieś wątpliwości. Rzadko jednak ich przyczyną jest tak nieudolnie i po dyletancku przeprowadzone śledztwo, jak w tym oto przypadku.
I tak, czasu zgonu Iwony R. nie ustalono na podstawie sekcji zwłok, lecz oparto się na ogólnikowym stwierdzeniu lekarza pogotowia, owym „jakieś dziesięć godzin temu”. Późniejsze postępowanie wyjaśniające wykazało, że lekarz nie wykonał niezbędnych w takim przypadku badań. Przeprowadzona sześć dni po śmierci kobiety autopsja nie była już w stanie określić dokładnie czasu zgonu kobiety. A akurat w tej sprawie precyzja czasowa byłaby ze wszech miar pożądana.
To niejedyna fuszerka. Przyjęto, iż morderca dostał się do mieszkania drzwiami, ale nie zabezpieczono ewentualnych śladów pozostawionych na powierzchni zamka. Stwierdzono jedynie brak śladów włamania, i jakby w ogóle o zamkach zapomniano. Opóźniona ekspertyza biegłych niczego nie wniosła. Nie wzięto pod uwagę, że sprawca mógł wejść nie drzwiami, a np. oknem. Wszak małżonkowie mieszkali na parterze. Po ujawnieniu zwłok Iwony R. nie została sporządzona inwentaryzacja rzeczy znajdujących się wówczas w mieszkaniu. Nie można więc zaprzeczyć, że była to zbrodnia na tle rabunkowym.
Najlepsze jednak na koniec. Marzena K., ów „świadek koronny” (tak napisał o świadku prokurator w akcie oskarżenia) okazała się osobą… upośledzoną umysłowo. W czasie rozprawy co chwilę zmieniała własne zeznania, przecząc sobie samej. Oto próbka: „…Jarosław R. wszedł do swojego mieszkania. Jak on wszedł, to ona krzyczała: Ludzie, ratunku!” Parę minut później: „Twarzy Jarosława R. nie widziałam, bo było ciemno. Po sylwetce też go nie poznałam”. To mówiła o jednym mężczyźnie wysiadającym z taksówki, to o dwóch.
Sąd stwierdził w uzasadnieniu wyroku, że zgromadzone przez prokuraturę poszlaki nie są przekonywające i nie układają się w logiczno-przyczynowy łańcuch. W związku z czym nie można przypisać winy za morderstwo ani oskarżonemu, ani komukolwiek innemu. Jarosław R. został jedynie skazany na 3,5 roku więzienia za znęcanie się fizyczne i psychiczne nad żoną. Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok uniewinniający.
Mariusz Gadomski
Zmieniono personalia.
fot. https://commons.wikimedia.org/wiki/
Zobacz też wcześniejsze historie kryminalne Mariusza Gadomskiego:
Sataniści z parku Radziwiłłowskiego
Zemsta odprawionego narzeczonego
Tajemnicze zabójstwo małżonków Gąsowskich
Historie kryminalne: Tajemnicze zabójstwo małżonków Gąsowskich
Po co oni wracali do Terespola?…



Komentarze
Brak komentarzy