Zmowa milczenia po śmierci dyspozytora z pogotowia?

Zmowa milczenia po śmierci dyspozytora z pogotowia?
fot. nadesłane/ Monika Pawluk

Wieloletni dyspozytor bialskiego pogotowia Henryk Stanek z córką Magdaleną i wnukiem

BIAŁA PODLASKA Nagła śmierć Henryka Stanka, dyspozytora ze Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białej Podlaskiej, rozdarła serca jego bliskim. W listopadzie przegrał on walkę z covidem. Rodzina uważa, że koronawirusem mógł zakazić się w pracy, i jest porażona stanowiskiem, jakie w sprawie śmierci wieloletniego pracownika zaprezentował dyrektor Artur Kozioł. Bo szef pogotowia w oficjalnej korespondencji pisze, że do zakażenia mogło dojść wszędzie, ale nie w Stacji…

Henryk Stanek miał 64 lata i w Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Białej Podlaskiej pracował od 1986 r. Był dyspozytorem medycznym. W tym roku miał przejść na emeryturę. Jednak plany o upragnionym odpoczynku i realizacji odkładanych na później pasji niespodziewanie przerwała choroba. Pan Henryk w listopadzie uległ zakażeniu koronawirusem. W ciężkim stanie trafił do bialskiego szpitala i niestety zmarł po kilku dniach trudnej walki z covidem.

Jego rodzina uważa, że do zakażenia mogło dojść w pracy. Dyrektor Stacji Artur Kozioł w oficjalnym stanowisku przesłanym do firmy ubezpieczeniowej temu zaprzecza, bo ktoś z pracowników powiedział mu, że Stanek po godzinach pomagał żonie w księgarni i rzekomo tam miał kontakt z wieloma osobami. Bliskim pana Henryka trudno zrozumieć, dlaczego pracodawca w obliczu tej tragedii sięgnął po tak niskie argumenty. Dlatego postanowili walczyć o ujawnienie prawdy o śmierci ich ukochanego ojca i męża.

Ostatni dyżur

3 listopada o godz. 19 pan Henryk zakończył dyżur w dyspozytorni. Nie sądził wtedy jeszcze, że będzie to ostatni dzień, kiedy odbierał telefony od osób dzwoniących po pomoc i wysyłał do nich karetki. W drodze do domu, jak miał to w zwyczaju, wstąpił jeszcze na moment do swojej matki i siostry, którymi się opiekował. Od tamtego wieczora dyspozytor już nie stawił się w pracy, bo następnego dnia pojawiły się u niego objawy grypopodobne. Zaczęło się od silnej gorączki.

Podejrzewał, że nie jest to zwykłe przeziębienie czy grypa. W Polsce był wtedy szczyt drugiej fali epidemii, każdego dnia padały rekordy zakażeń i zgonów. Dlatego zadzwonił do przychodni. Lekarz wystawił mu zwolnienie i przepisał pyralginę. Choroba jednak postępowała. Oprócz trudnej do zbicia gorączki, pojawiły się silne bóle mięśni oraz – co charakterystyczne dla przebiegu covid-19 – zanik smaku i węchu. Identyczne symptomy za jakiś czas zaczęła odczuwać też żona pana Henryka. Oboje byli w kontakcie z lekarzem. Ale od 9 listopada sytuacja stawała się coraz poważniejsza, bo pan Henryk zaczął mieć duszności. Pomimo tego lekarz nadal nie zalecił hospitalizacji.

– Rozmawiałam z tatą przez telefon 7 listopada i byłam zdziwiona, że do tej pory nikt nie zlecił mu testu. Następnego dnia tato bardzo słabo się czuł, nie żartował ze mną, a zawsze miał poczucie humoru. Czułam, że coś jest nie tak. 12 listopada około godziny piątej rano tata miał problemy z oddychaniem i zadzwonił po karetkę. Trafił do szpitala, tam został podłączony pod tlen. Dopiero wtedy zrobili mu test. Ale tak naprawdę minęło osiem dni, podczas których można było zrobić coś, by zapobiec tej tragedii – opowiada Magdalena Stanek, córka zmarłego dyspozytora.

Później objawy miały też matka i siostra pana Henryka. Testy potwierdziły u nich koronawirusa. Kontakt z kobietami miał tylko on, bo z uwagi na podeszły wiek matki i w obawie przed zakażeniem nie wychodziły nawet do sklepu czy kościoła.

W szpitalu dyspozytor leczony był na oddziale rehabilitacji. Zmarł 16 listopada. Podczas porannego obchodu pielęgniarka zauważyła, że pacjent nie daje oznak życia. Śmierć człowieka, który do samego końca był aktywny zawodowo i miał wiele planów, była ogromnym szokiem dla bliskich i przyjaciół.

Dyrektor wie, co dyspozytor robi po pracy…

W grudniu pani Magdalena, jej brat Karol i mama wystąpili do ubezpieczyciela Stacji z prośbą o rozpatrzenie śmierci pana Henryka jako wypadku przy pracy, gdyż ich zdaniem jest duże prawdopodobieństwo, że covidem zaraził się w pogotowiu. No i wtedy zaczęły się schody. – Podczas pogrzebu dyrektor Kozioł przemawiał w kościele, mówił wiele dobrych słów o tacie, ale to nie korespondowało z jego zachowaniem w stosunku do naszej mamy i do nas, gdy zaczęliśmy procedury związane z dochodzeniem praw do wypłaty ubezpieczenia. Dyrektor zachowuje się wobec nas w sposób arogancki. Nie chciał się z nami spotkać i nie odbierał telefonów. Kontaktuje się z nami przez sekretarkę. Za jej pośrednictwem ostrzegał, że narazimy się na niepotrzebne koszty – opowiada córka zmarłego.

Firma ubezpieczeniowa odrzuciła wniosek rodziny. Ale jak zapewniają dzieci pana Henryka, nie są dla nich ważne pieniądze, ale to, w jaki sposób pracodawca wypowiedział się na temat śmierci ich ojca w oficjalnej dokumentacji. W udostępnionym nam przez córkę piśmie do firmy ubezpieczeniowej zawarte są wywody Kozioła, że Henryk Stanek „po zakończeniu pracy w jednostce opuszczał zakład pracy i przemieszczał się w dowolny sposób w terenie oraz kontaktował z nieograniczoną ilością osób”. A do zakażenia, zdaniem dyrektora, mogło dojść w drodze do pracy czy w trakcie załatwiania spraw, ale na pewno nie w Stacji. Kozioł w dokumentacji powołuje się także na informacje uzyskane tzw. pocztą pantoflową od pracowników pogotowia, że dyspozytor po pracy pomagał żonie w prowadzeniu księgarni.

– Od kiedy to plotki mogą być odpowiedzią na zarzuty? Nie jest tajemnicą, że moja mama prowadzi działalność gospodarczą i tato jej czasem pomagał. Wiem, że mama bardzo przestrzegała zasad sanitarnych w księgarni. Ciekawa jestem, jak te procedury były przestrzegane w pogotowiu? Dyrektor w pierwszym dokumencie pisze także o tym, że mój tata nie zmarł z powodu covid-19, bo nie ma informacji ze szpitala, co jest kompletną bzdurą. Skoro umie porozmawiać z pracownikami na temat ploteczek o tacie, to pewnie dotarły też do niego informacje o przyczynie zgonu. Dokumenty ze szpitala potwierdzają czarno na białym jego przyczynę – wyjaśnia córka.

I dodaje, że procedury dotyczące zabezpieczenia personelu medycznego przed koronawirusem, w jej opinii, mogą być dziurawe: – Tata był na chorobowym od 4 listopada, więc czy nie powinien być przetestowany przez zakład pracy, skoro miał symptomy covid-19? Powinni wykonać testy osobom, które były z nim na dyżurze, aby potem ewentualnie wysłać je na izolację. Nikt tak nie zrobił, więc nawet jeśli tata nie złapał wirusa w pracy, to i tak postępowanie było niezgodne z procedurami. Nie było zapobiegnięcia dalszym zakażeniom.

Zmowa milczenia

Rodzina mówi, że wokół śmierci pana Henryka w Stacji zapanowała zmowa milczenia. Dotąd nie otrzymali odpowiedzi na pismo od związku zawodowego, którego Stanek był członkiem od lat 80. Pani Magdalena przypomina sobie też dziwną rozmowę z jedną z pracownic Stacji, która tuż po pogrzebie poprosiła o wskazanie miejsca pochówku ich ojca. – Usłyszeliśmy, że w czasie choroby rozmawiała z naszym tatą i że podobno powiedział jej, że „nie wie, czy się zaraził w pracy”. Wtedy byłam w szoku i dopiero niedawno dotarło do mnie, o co chodziło w tej sytuacji. Dlaczego ci wszyscy ludzie chcą, żebyśmy przestali interesować się tą sprawą. Nie zostawię śmierci taty bez walki, bo wiem, że jeśli coś takiego stałoby się mi, tata by o mnie walczył – tłumaczy kobieta.

Pan Henryk nie był jedynym pracownikiem bialskiego pogotowia, który na przełomie listopada i grudnia przechodził koronawirusa. Wtedy oficjalnie dowiedzieliśmy się o około 20 przypadkach zakażeń wśród ratowników, dyspozytorów i lekarzy. Wiemy też, że część załogi przechorowała covid bardzo ciężko, tak jak jeden z ratowników medycznych, któremu dla ratowania życia niezbędne było podanie osocza. Chorowały także rodziny pracowników.

W grudniu do naszej redakcji zaczęły docierać niepokojące sygnały o tym, że w Stacji są przypadki zakażeń, jednak dyrektor Kozioł odmówił nam wtedy odpowiedzi na pytania dotyczące m.in. sytuacji epidemicznej. Informację uzyskaliśmy dopiero od rzecznika prasowego marszałka województwa. Sytuacja była o tyle kuriozalna, że wcześniej takie dane otrzymywaliśmy bez problemu z innych instytucji oraz firm, zarówno tych publicznych, jak i prywatnych. Czy dyrektor miał coś do ukrycia?

Oddany pracy do końca

Rodzina wspomina, że pan Henryk kochał swoją pracę. – Był dumny, że wykonuje ten zawód. Kiedyś tata zadzwonił do mnie i powiedział, że uratował człowiekowi życie, bo przez telefon instruował, jak wykonać reanimację. Miesiąc przed śmiercią miał przylecieć do mnie do Anglii, zająć się wnukiem i pozwiedzać, ale sytuacja epidemiczna się pogorszyła, było coraz więcej zakażeń i zrezygnował z wyjazdu. Zachorował i niestety już nie zdążyliśmy się zobaczyć – wyznaje syn Karol Stanek.

Pan Henryk nie chciał robić przerwy w pracy. Wiedział, że druga fala koronawirusa dopiero się w Polsce rozpędzała i że będzie potrzebny na miejscu. Ale w rozmowach z synem często skarżył się na warunki pracy w czasie epidemii i że personel pogotowia wykonywał obowiązki na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej. – Tata opowiadał, że załoga była bardzo zestresowana. Ratownicy i dyspozytorzy pracowali ponad siły. Panował totalny chaos. Mówił, że odbierali podczas dyżuru nawet po sto telefonów. Do tego dochodził ogromny stres, bo na głowie dyspozytora było znalezienie pacjentowi wolnego miejsca w szpitalu, a karetka jeździła po 2-3 godziny z chorym. Do tego dochodziły informacje o planach likwidacji bialskiej dyspozytorni. To też były nerwy, bo tata nie wiedział, czy za moment nie będzie musiał zacząć dojeżdżać do pracy do Lublina… Nie wiem, jak wyglądały procedury w pogotowiu, ale byłem przerażony, gdy usłyszałem, że zmieniała go na dyżurze kobieta, której mąż był na kwarantannie. Mówiłem mu, żeby się przetestował, ale nikt tego mu nie zlecił. Dopiero jak trafił do szpitala, miał test. Zastanawia mnie, czy dyspozytorzy mieli kontakt z zespołami, które wyjeżdżały do covida? Pracownikom brakowało komfortu i wsparcia. Tata wiązał duże nadzieje z nowym dyrektorem, ale później powtarzał, że bardzo się zawiódł i że to była tylko polityczna nominacja – opowiada pan Karol.

Dyrektor: Nie ma wykluczenia innego źródła zakażenia

Dyrektor Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białej Podlaskiej w przesłanym naszej redakcji oświadczeniu pisze, że podjął szereg działań zmierzających do zapewnienia pracownikom bezpiecznych warunków pracy w czasie epidemii. – W związku z sytuacją epidemiologiczną oraz rozprzestrzenianiem się wirusa SARS–CoV-2 na terenie całego kraju, wdrożyłem szereg zarządzeń, procedur i zaleceń wewnętrznych, opierających się o wytyczne Ministerstwa Zdrowia oraz Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Wszystkie te działania miały na celu zapobieżenie zakażeniom podczas wykonywania obowiązków służbowych przez pracowników Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Białej Podlaskiej – informuje Artur Kozioł.

Jego zdaniem nie ma dokładnych dowodów na to, że do zakażenia w przypadku zmarłego dyspozytora mogło dojść na terenie zakładu pracy. – Nie mam wpływu na zakażenia, do których dochodzi poza pracą. Przy obecnym stanie pandemii i rozpowszechnieniu ognisk epidemicznych oraz aktualnych danych medycznych i informacji o przenoszeniu wirusa przez osoby np. bezobjawowe, kwestia ustalenia źródła zakażenia jest nie do rozstrzygnięcia. Koronawirusem można zarazić się wszędzie – dotykając zainfekowanych powierzchni różnych przedmiotów, poprzez bliski kontakt, np. podanie ręki, oraz drogą kropelkową. Kontakt z potencjalnym źródłem zakażenia może nastąpić np. w drodze do pracy, w trakcie załatwiania spraw życia codziennego oraz podczas utrzymywania kontaktów towarzyskich. Nie ma zatem wykluczenia innego źródła zakażenia covid-19 – stwierdza dyrektor.

Wyjaśnia, że dyspozytorzy nie mieli bezpośredniego kontaktu z zespołami ratownictwa medycznego. – Zgodnie z przyjętą procedurą, pracownicy z bliskiego kontaktu z osobą zakażoną SARS-CoV-2 zgłaszani byli do Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, która podejmowała decyzje o dalszych czynnościach (wykonywaniu testów, kwarantannie lub izolacji). Nigdy nie miała miejsca sytuacja dopuszczenia do pracy pracownika, u którego stwierdzono covid-19. W przypadku gdy pracownicy nie mieli gdzie odbyć kwarantanny lub nie chcieli narażać swoich rodzin, Stacja Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Białej Podlaskiej wynajmowała mieszkanie i przekazywała je bezpłatnie ratownikom medycznym na potrzeby odbywania kwarantanny – dodaje Kozioł.

Dowiadujemy się, że pomimo wielu przypadków zakażeń wśród załogi Stacji, sanepid nie stwierdził ogniska epidemicznego w pogotowiu. – Nie miała miejsca sytuacja, aby z powodu pandemii wystąpiły braki w zapewnieniu obsady zespołów ratownictwa medycznego, zarówno w głównej siedzibie, jak również w jej filiach i punktach wyjazdowych. Ciągłość pracy została również zachowana w dyspozytorni medycznej – wyjaśnia dyrektor.

Dodaje, że nie posiada dokumentacji medycznej stwierdzającej przyczynę zgonu Henryka Stanka. Czy zatem dyrektor ma sobie coś do zarzucenia w kwestii kontaktu z rodziną zmarłego dyspozytora? – Żona zmarłego skontaktowała się ze Stacją w celu umówienia spotkania z zastępcą dyrektora ds. lecznictwa, który był bezpośrednim przełożonym jej zmarłego męża, celem wyjaśnienia stanowiska Stacji w sprawie roszczeń zgłoszonych przez rodzinę do ubezpieczyciela. Spotkanie odbyło się w siedzibie Stacji 27 stycznia. Podczas spotkania żona zmarłego poprosiła o zmianę treści pisma Stacji w sprawie likwidacji szkody. Zastępca dyrektora ds. lecznictwa wyjaśnił pani, iż wskazane roszczenia w przedmiotowej sprawie są nieuzasadnione i nie znajdują pokrycia w stanie faktycznym, o czym Stacja poinformowała także ubezpieczyciela. Podczas spotkania żona zmarłego chciała również uzyskać informacje na temat szczegółów śmierci męża. W związku z tym została poinformowana, że w tym celu należy skontaktować się z Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Białej Podlaskiej. Żona zmarłego przeprosiła za swoje zachowanie związane z wyrzutami kierowanymi do pracowników sekretariatu, dotyczącymi odpowiedzi Stacji do ubezpieczyciela, które kierowała podczas rozmów telefonicznych z sekretariatem. Po wyjściu ze spotkania przeprosiła również panią z sekretariatu. W mojej ocenie rodzina zmarłego pracownika została przeze mnie potraktowana w sposób godny i z właściwym szacunkiem – twierdzi Kozioł.

I dodaje, jakie podjął działania: – Zaoferowałem wsparcie finansowe oraz pomoc w dekontaminacji pomieszczeń, w których przebywał zmarły. Dodatkowo dołożyłem wszelkich starań, aby wieloletni pracownik Stacji został pożegnany w sposób godny. Podczas mszy żałobnej wygłosiłem mowę pogrzebową, z kolei ratownicy medyczni dla uczczenia pamięci zmarłego kolegi włączyli na minutę sygnały świetlne i dźwiękowe w ambulansach w czasie uroczystości pogrzebowych. (…)

Zapytaliśmy córkę zmarłego dyspozytora, co zaszło na spotkaniu w Stacji, o którym pisze szef pogotowia: – W świecie polityki jest zasada stara jak świat: jak się nie ma argumentów, faktów, konkretów, to atakuje się personalnie. Dokładnie tak robi dyrektor Kozioł, sugerując, że moja mama ma za cokolwiek przepraszać, i próbując zantagonizować moją rodzinę. Atakuje wdowę swojego zmarłego pracownika – osobę, która jest na miejscu i ponosi konsekwencje tej tragedii. (…)

Cały artykuł przeczytać można w aktualnym – papierowym i cyfrowym wydaniu „Podlasianina” nr 16 na: eprasa.pl

Monika Pawluk

 

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy