Nasze felietony: Własny punkt widzenia (36). W obliczu dobrodziejstw i niezaprzeczalnych korzyści płynących z wojen, nie sposób jest ich nie wywoływać!
Jak to na wojence ładnie…
Historia ludzkości to bezustanna walka, to historia powtarzających się wojen o byle co. Dlatego dziwi mnie obsesyjna wrzawa wokół obecnej sytuacji geopolitycznej, której konsekwencją może być kolejna tytanomachia, a jej skutkiem – koniec świata. Był czas przywyknąć. Ileż to razy huk armat budził niczego nieświadomych ludzi ze snu. I co? Trochę pobłyskało, trochę pogrzmiało, na koniec kurz bitewny opadł, chmury się rozproszyły i znów zaświeciło słońce. Co prawda ukazując ogrom zniszczeń, ale Armagedonu nie było (poza tym, że doliczyć się co niektórych nie można było). Najwyższy czas zrozumieć, że ustrzec się przed nieuchronnym jest niepodobna.
Ta smutna konstatacja to efekt pogłębionej refleksji i wiedzy historycznej, skonfrontowany z rzeczywistością. I co z tego? Ano nic, żadnej nauczki. Taka wojna to burza w szklance wody. Wojna to paradoksalnie ożywczy powiew destrukcji, w którym śmierć jest zjawiskiem powszednim jak chleb i jak chleb ożywczym, a ruiny i zgliszcza to metaforyczny Feniks, z którego popiołów powstaje nowa istota. Wojna to romantyczne uniesienia, które uszlachetniają, to epicka opowieść o bohaterach i ich bohaterskich czynach. Wojna wreszcie to kuźnia wzorców osobowych, których tak bardzo potrzeba ludzkości, aby do reszty nie zgnuśniała.
„Zazdroszczę” Ukraińcom, że każdego dnia na własnej skórze mogą doświadczać cierpień i hartować charaktery. Człowiek jest istotą rozumną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boskie (ale czy to ma jakieś znaczenie), zatem potrafi przewidywać skutki wojennej zawieruchy i wyciągać wnioski, więc nie róbmy z niego debila, który najpierw robi, a później myśli. W obliczu dobrodziejstw i niezaprzeczalnych korzyści płynących z wojen, nie sposób jest ich nie wywoływać.
Gdyby wojna była złym sposobem na rozwiązywanie konfliktów, nikt nigdy nie sięgałby po ten sposób perswazji i nie rozpętywałby piekła na ziemi tylko po to, aby postawić na swoim, jeżeli można inaczej. W wojnie musi być coś jeszcze, coś, co czyni ją taką atrakcyjną, jakieś niedościgłe drugie dno, którego pragnie sięgnąć. Bo kto jest największym wrogiem człowieka i największym zagrożeniem dla ludzkości? Podpowiem. Tylko mrówek jest więcej, ale one są częścią habitatu, zaś te stwory, to gatunek inwazyjny, który trzeba co jakiś czas przetrzebić, aby zachować równowagę w naturze.
Na nic wierzenia i zaklęcia, na nic układy i traktaty, na nic polityka i dyplomacja. Siła pierwotnych instynktów jest o wiele potężniejsza od wszystkich świętości razem wziętych, i to ona determinuje nasze decyzje. No może po trosze rozum i wyrachowanie? Osiem miliardów istnień to chyba lekka przesada. Jak ta Matka Ziemia ma wykarmić tyle gęb? Tym bardziej że woda źródlana i skibka chleba lub miska ryżu to zbyt mało, teraz każdy chciałby frykasów… I to właśnie ta pogoń za frykasami wywołuje troskę o losy gatunku, dla którego ciasno robi się na planecie, i nie wszystkim wystarczy. Kto będzie o tym decydował, komu dać, a komu odjąć?
Dziwna ta wojna
Historia pamięta taki fakt – „Dziwna wojna” z 1939 roku, która po latach kolokwialnie bywa nazywana „wojną na siedząco”. Działania wojenne z tamtego okresu i z obecnych czasów różnią się diametralnie, ale zarówno wówczas, jak i teraz, śmierć wygląda jednako. Naonczas strony konfliktu nie bardzo wiedziały, jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, bo mimo wypowiedzianej III Rzeszy wojnie przez Francję i Wielką Brytanię, żadna ze stron konfliktu nie rwała się do bitki. Obecna, pełnoskalowa wojna rozpętana przez Rosję nie jest „zabawą w piaskownicy”. Jest rzeczywistą próbą sił, która ma dwa oblicza: zbrojne i – równie istotne, a kto wie, czy nie bardziej – psychologiczne, którego skutki są odczuwalne nawet wtedy, kiedy milkną działa.
W poprzednim felietonie – „Jak to na wojence ładnie” – w zawoalowany sposób starałem się wykazać absurd wszelkich wojen, ale cóż, trudniej jest podbić umysły, aniżeli tereny, bo co na temat wojny może wiedzieć laik, człowiek, który nigdy nie wąchał prochu? Aż tu niedawno, za sprawą zrządzenia losu poznałem człowieka, który był nim, czyli tematem wojny, przesiąknięty. Był w centrum wydarzeń. Był tam, gdzie spadały bomby, czuł drżenie ziemi pod stopami i widział skutki (tego barbarzyństwa) tej „romantycznej przygody”, na wspomnienie której (mimo upływu czasu) „wciąż dostaje gęsiej skórki”.
Najgorsza była noc, huk armat i łuny nad horyzontem, to istny koszmar, a rano szacowaliśmy straty, skutki tych wzlotów i upadków. ZRYTA ziemia i psyche! Czy poszedłem na wojnę dla idei? Nie, dla kasy. I to był błąd! Nie ma takiej kasy, za którą można odkupić życie i odzyskać psychiczną równowagę – mówi. – PTSD (zespół stresu pourazowego) to przekleństwo, z którego nie można się otrząsnąć. Kto przeżył kilka dni na froncie, nigdy tego nie zapomni! Mimo że minęło już sporo czasu od kiedy wyczołgałem się z okopów, ja wciąż w nich tkwię, ugrzązłem w nich na dobre, i codziennie taplam się w błocie. A co najdziwniejsze – konstatuje – do huku armat można było przywyknąć, do świadomości nagłej śmierci też, ale strach przed kalectwem, a jeszcze większy przed niewolą, nigdy nas nie opuszczał. Był nieodłącznym towarzyszem każdego żołnierza i największym motywatorem ukrytego w nas heroizmu… Świadomość trafienia w łapy oprawców czyniła większe spustoszenie w umysłach wiarusów, aniżeli setki bomb eksplodujących nad ich głowami.
Wojna psychologiczna toczy się w umysłach wojaków walczących po obu stronach barykady, i jest równie skuteczna, co walka zbrojna. Złamać ducha walki, to sposób na zwycięstwo, z czego doskonale zdają sobie sprawę „władcy dusz”, szaleńcy, którzy rozpętali to piekło i za nim obstają, ale osobiście na szwank swojego zdrowia nie wystawiają.
I to z przekąsem mówi człowiek od czarnej roboty, śmiertelnik, który został uwikłany w starcie tytanów i przelewał krew, broczył nią i wytaczał. Strach pomyśleć, jakie spustoszenie w umysłach ludzi czyni propaganda i dezinformacja, prowadzona z miejsc, do których huk armat nie dociera. Głusi na krzyk i płacz mordowanych obywateli oraz ich rodzin podżegacze, robią politykę, wchodzą w układy i kreują własną rzeczywistość. Pozornie każdy wie, o co walczy, o co toczy się wojna, ale tak naprawdę tego nie wie nikt, a już na pewno nie żołnierze. Sprzeczne informacje docierające na pierwszą linię frontu czynią im mętlik w głowie i zasiewają zwątpienie w sens poświęcenia.
No bo jak odbierać słowa prezydenta Trumpa i innych przywódców państw, którzy stawiają znak równości między walczącymi stronami, a w niektórych sytuacjach winą za brak postępów w pozornych negocjacjach pokojowych obarczają ofiarę? Jak tłumaczyć szczere słowa oburzenia w reakcji na rosyjskie fake newsy o planowanym ataku ukraińskich służb na rezydencję Putina? Kilka dni wcześniej zaatakowany został Kijów i inne ukraińskie miasta, i nikt z tego powodu Putina nie odsądzał od czci i wiary, a Ukraińców tak. Dlaczego ofierze odbiera się prawo do obrony, a sprawiedliwość odmierza się różną miarą? Ta wojna nie jest dziwna. Ona jest okrutna i niezrozumiała, ale dziwna nie jest. A już na pewno nikogo za nią nie posadzą!
PS Putin zamierzał podbić Ukrainę pod pretekstem jej denazyfikacji, Trump zaatakował Wenezuelę pod pretekstem obalenia dyktatury… Obaj panowie, w trosce o demokrację, najechali suwerenne państwa, chcąc narzucić im własną wolę. Powód dobry jak każdy, a może i lepszy, tylko czemu tak bardzo nienawidzą demokracji u siebie?!
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
No i mamy równowagę 1:1 w napaściach na suwerenne kraje! Putin ma swoje Termopile, Trump będzie miał swoje. Pozostają jeszcze Chiny, one też mają Spartan, którzy im się postawią i darmo skóry nie oddadzą. Nadszedł czas, że każda ze światowych potęg ma jakieś rachunki do wyrównania, i wygląda na to, że jedynie stara, dobra Europa jakby odstaje od rzeczywistości i nie nadąża za zmianami, które wymusza cywilizacja. Nie dziwota, ona już swoje przeżyła, i wie, gdzie leżą granice nonsensu.
Unia Europejska powstała po to, aby zapobiec tej powtarzającej się cyklicznie autodestrukcji, i właśnie nadszedł czas próby. Jedni z głodu, inni z głupoty, jeszcze inni z żądzy…, postanowili zaznaczyć swoją obecność w świecie, który stanął na krawędzi, i musi dokonać wyboru. Postęp cywilizacyjny wymusza zmiany, i nie dziwota, ale co zmieniać i po co? „Oto jest pytanie”. Te pytania na razie pozostaną bez odpowiedzi, ale być jak było już niepodobna!
Konieczność zmian ustrojowych, spowodowana dynamiką postępu, skutecznie przeorientowała dotychczasową myśl humanistyczną, trącającą T. Morem i jego Utopią, i stanęła na gruncie kapitalizmu korporacyjnego, prowadzącego do dystopii państwa w dotychczasowej formie. Ustrój państwa, z jego wszystkimi instytucjami, powoli dewaluuje się i trzeba go zastąpić nową formą. Tylko jaką? Mimo instytucji kontrolujących nadmierne bogacenie się uprzywilejowanej grupy społeczeństwa, różnice w posiadaniu stały się tak ogromne, że osoby do niej przynależne zaczynają stawiać się ponad prawem i dyktować własne warunki, mimo że konstytucje wszystkich krajów demokratycznych podkreślają równość obywateli wobec prawa.
To właśnie ten anachronizm wywołuje tyle kontrowersji, bowiem nie przystaje do współczesności, zaś dla UE stanowi fundament jej egzystencji. Wiodące mocarstwa świata zwietrzyły zagrożenie płynące ze strony Wspólnoty i dlatego wszelkimi sposobami próbują zdeprecjonować jej wartości, zarówno w oczach światowej opinii publicznej, jak i wewnątrz europejskiej. Pozorna słabość Unii, to w rzeczywistości jej siła, która należycie wykorzystana będzie gwarancją jej sukcesu. Unia to hybryda, twór złożony z różnych elementów, który jako całość jest monolitem, istotą doskonałą, odporną na wszelkie zagrożenia. Może być lwem i orłem, a jak trzeba wężem i gołąbkiem pokoju. Z amalgamatu różnorodności oraz potencjału ekonomicznego państw członkowskich uczynić atut, którego nie zmoże żadna siła, to teraz priorytetowe zadanie dla jej przywódców.
Niezaprzeczalnym faktem jest nadmierne zbiurokratyzowanie unijnych instytucji, co czyni jej decyzyjność nazbyt przewlekłą. Ponadto pierwotna formuła Wspólnoty, nieco wyidealizowana, jest jej „hamulcem ręcznym”, ale to nie znaczy, że będzie ona ciągle jechała na zaciągniętym. Ewoluujący w niebezpiecznym kierunku wzorzec państw oligarchicznych jest antytezą UE, w której zasady liberalnej demokracji są jej niewzruszonym fundamentem, a osłona socjalna i stabilna, przewidywalna gospodarka – jej dobrodziejstwem, którego obywatele państw oligarchicznych są systematycznie pozbawiani. Spójrzcie na te mocarstwa: USA, Rosja, Chiny…, czy w tych krajach ktokolwiek słyszał o prawie i sprawiedliwości? A w Unii w dwójnasób. I porównajcie poziom życia z naszym, unijnym, a sami zrozumiecie, czym jest Unia i jak wyglądamy na ich tle. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!
Kilka refleksji
Usiadłem do klawiatury tylko po to, żeby skreślić słów kilka na temat, nawet już nie wiem jaki. Później napisałem kolejnych kilka zdań, o tym i owym, i nie miałem nic, żadnych intencji ani zakusów. Ale życie nie daje za wygraną, upomina się o swoje, bo nie chce by je traktowano „per noga”. Każdego dnia coś, jakieś wydarzenie wymagające komentarza nyje nas, ciekawi, fascynuje. Nie można przejść obojętnie nad błahym, bo nie dostrzeże się ważnego, kiedy trzeba będzie, chyba że jest się idiotą – wtedy wszystko ci jedno.
Ale jeżeli nie jest się idiotą, a coś cię gryzie, chociażby sumienie, i nie jest ci obojętny los mrówki, która zastąpiła ci drogę, to musisz brnąć, podążyć za nią, musisz pochylić się nad nią, spojrzeć jej w oczy, zajrzeć w głąb jej duszy i mrowiska, poznać jej habitat i warunki, w jakich żyje, prawa jakie w nim rządzą, żeby czegoś się o niej dowiedzieć, i dopiero wówczas skomentować. Skomentować, niekoniecznie zaraz zmieniać, naprawiać, ulepszać, tylko skomentować, bo z zewnątrz widać więcej.
I tak to się zaczęło. Najpierw potknąłem się o paproch, który akurat ktoś wyrzucił na chodnik, ale nie zauważyłem ściany, w którą z hukiem przywaliłem. Potem dostrzegłem drzazgę w oku swego brata, i o wiele później belkę we własnym, i tak dalej, i tak dalej. Ciąg różnych zdarzeń i splot przypadków ułożyły się w całość, i jestem tu, gdzie jestem. Ciekawość to ponoć pierwszy stopień do piekła, lecz to ona sprawia, że się rozwijamy, poznajemy świat, poszerzamy horyzonty i wyrabiamy sobie opinie.
Czemu właśnie taką, nie inną? – oto jest pytanie. Ano, czym jest owa opinia? Wypadkową wiedzy (na dowolny temat) zebranej z mniej lub bardziej wiarygodnych źródeł i poddanej obróbce przez własny system wartości. Masz babo placek, własny system wartości! Skoro własny, czyli egoistyczny – chciałoby się rzec. Może i tak, ale ktoś i coś musiało go ukształtować. Wzorce osobowościowe, kulturowe itd… Czynniki można by mnożyć, lecz nie w tym rzecz. Kiedyś kumpel zadał mi pytanie: Czemu jesteś tak zajadle antypisowski? A to wcale nie jest tak. Ja nie przeciw pisowi czy konfie piszę. Ja piszę za demokratyczną, suwerenną, europejską Polską.
Waldemar Golanko
Zobacz też poprzedni odcinek felietonów pana Waldemara:



Komentarze
Brak komentarzy