Nasze felietony: Własny punkt widzenia (25). Kogo przygniecie pochyłe drzewo?

Nasze felietony: Własny punkt widzenia (25). Kogo przygniecie pochyłe drzewo?

Lepiej mądrze milczeć, niż głupio mówić!

„Trudno jest znaleźć słowa, kiedy chce się coś mądrego powiedzieć” – Schopenhauer. Nie dziwota, bo mądrze to mówił Marian Turski, który ważył słowa, kiedy chciał coś powiedzieć. Ale są też tacy, którym wystarczy mówić, aby coś powiedzieć. Nawet wtedy, kiedy nie ma się nic mądrego do powiedzenia. Słowa Donalda Trampa o sytuacji w Ukrainie zapewne zszokowały niejednego.

Po trzech latach krwawych walk dowiedzieliśmy się, że to Ukraina sprowokowała agresję Moskwy na swoje terytorium, bowiem nie potrafiła dogadać się z potężniejszym sąsiadem i przyjąć jego warunków. Ze słów prezydenta USA – „strażnika” demokratycznego świata – płynie jasny przekaz: nie trzeba było wk…..ć niedźwiedzia i robić mu wbrew! (Co na takie dictum mają powiedzieć Litwa, Łotwa, Estonia?).

Jeszcze raz przytoczę ulubioną sentencję tego pana: „Ten, kto ratuje swój kraj, nie narusza żadnego prawa”. Dzisiejsze słowa prof. Romana Kuźniara o przywódcy Stanów Zjednoczonych (nieprzewidywalny socjopata, egocentryk i narcyz) wyraźnie kreślą sylwetką człowieka, z którym mamy do czynienia. To takiej „osobowości” obecna opozycja (zjednoczona prawica) biła owacyjnie brawa po ogłoszeniu wyników wyborów i skandowała jego nazwisko, licząc na wsparcie i przełom w stosunkach… I co teraz?

W Polsce nie znalazł się żaden odważny polityk pis-u, który skrytykowałby postawę swojego idola. Okazuje się, że solidarność z Ukrainą była tylko czczą gadaniną, bowiem polityka wewnętrzna jest ważniejsza od międzynarodowej. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden fakt – nie będzie żadnej polityki wewnętrznej (krajowej), nie będzie żadnej polityki zewnętrznej (międzynarodowej), gdy znajdziemy się pod butem Moskwy!

Skoro można odwrócić się od Ukrainy, dlaczego nie od nas? Skoro żadne traktaty nie obowiązują, a liczy się biznes! Rosja wielka jest, ma czym kupić „biznesmena”. Dlatego porzucić należy wewnętrzne swady i myśleć koncyliacyjnie o Ojczyźnie, bo wkrótce, przy takim wsparciu sojuszników, kłótnia o władzę w Polsce może stać się bezprzedmiotowa.

 

Na stojąco w kuluarach

W 2018 roku prezydent Duda podpisywał traktat z Trumpem na stojąco. Żałosny widok. Ale tłumaczenie, że to amerykański luz, mimo że obcy dla naszej kultury i kanonów światowej dyplomacji, jakoś strawiliśmy. Jako naród przełknęliśmy gorzką pigułkę i nadal cieszyliśmy się z przyjaznych stosunków z zachodnim mocarstwem. Ale dziesięciominutowe spotkanie w kuluarach partyjnego wiecu, gdzie pojechała cała prezydencka ekipa, to już lekceważenie!

Poniedziałkowe spotkanie Macrona z Trampem uzmysłowiło mi, jak daleko, mimo usilnych starań obecnego rządu, odeszliśmy od politycznego mainstreamu. Żadna głowa państwa nie pozwoliłaby sobie na takie traktowanie. Stąd nasuwa się pytanie, co się stało? Kto zawinił? Czy koincydencje, czy ludzie? Kancelaria rządu chciała współpracować z kancelarią prezydenta, oferowała pomoc i obsługę logistyczną, ale duma nie pozwoliła na przyjęcie oferty. Jeden kraj, dwa interesy. Bolesne doświadczenie z 2010 roku nie nauczyło niczego prezydenckiej kancelarii. Na szczęście skutki dla naszego kraju nie były tak tragiczne, ale wizerunkowo opłakane. Jak możemy być traktowani poważnie na arenie międzynarodowej, kiedy cały świat ujrzał słabość naszej dyplomacji. Rosja na pewno wyciągnęła odpowiednie wnioski z tej wpadki i nie omieszkała o tym grzmieć w swoich mediach, wylewając wiadro pomyj na „polaczków”.

Na szczęście dla naszego kraju, mamy w ojczyźnie drugą ekipę, rządową, która nie pozwoliła sobie na blamaż. To nasze nieszczęście konstytucyjne, ta nasza koabitacja, miała być niczym liberum veto za czasów sarmacji, strażnikiem współczesnej demokracji, a stała się jej kulą u nogi. Wkrótce odbędą się prezydenckie wybory, u władzy jest Koalicja 15 października, której kandydatem na głowę państwa jest Rafał Trzaskowski. Wybierzmy go, aby kolejne lata „dwuwładzy” nie stały się gwoździem do trumny naszej Ojczyzny!

 

Lekcja po(d)glądowa

Nic mnie już nie zdziwi, a wyrzuty, które czyniłem sobie o poranku po niejednym spotkaniu towarzyskim, były całkiem nieuzasadnione. Bo czym jest chwilowy przyrost mocy, a nawet samouwielbienia, wywołany kilkoma głębszymi, w porównaniu z megalomanią Trumpa i tego jego vice Vencea. Nie wiem, co oni spożywali, ale najwyraźniej ich układ ośrodkowy spłatał im figla. Mieć długi język, ale nie mieć siły sprawczej, to co innego niźli rozmowa w Gabinecie Owalnym, gdzie każde słowo jest ważne i niesie ze sobą trudny do udźwignięcia ciężar odpowiedzialności. Tam politycy (bo chyba na wyrost w stosunku do niektórych byłoby nazwanie ich mężami stanu, a już na pewno nie dyplomatami) wdali się w knajacką dysputę, której przysłuchiwał się cały świat.

Czym innym jest usłyszeć od kumpla przy stoliku: jestem za pis, a Kaczyński to fajny gość, i taki młody, wysoki i przystojny…, i wpaść po tym w furię (co prawda można za takie gadanie dostać po pysku, ale najczęściej kończy się na politowania godnym tłumaczeniu). A czym innym jest słuchać peanów o bandycie, który najechał twój kraj (że to fajny gość jest i powinien być traktowany z szacunkiem i zrozumieniem) i nie wybuchnąć!

Nieraz byłem świadkiem pijackiej kłótni, w której antagoniści, czy to siłą argumentu, czy taż argumentem siły, narzucali drugiej stronie własne zdanie, nie dopuszczając jej do głosu lubo ucinając słowa adwersarza inwektywą: ty głupi jesteś, pi……sz!, czyli delikatniej: nie masz racji! mylisz pojęcia! ja ci to zaraz wytłumaczę! Ta arogancja wobec oponenta wynika raczej z przemożnego wpływu procentów zawartych w kieliszku, aniżeli z wyrachowania czy nienawiści, ot „in vino veritas”.

Ale scenka rodzajowa odegrana w Gabinecie Owalnym, to już była ustawka i chłodne wyrachowanie, na które Zełeński nie był przygotowany. Wbrew obyczajom i dyplomatycznej etykiecie oraz uświęconemu prawu gościnności, potraktowany został jak intruz, biedniejszy krewny, który prosi o jałmużnę, nie okazując gospodarzom należytego szacunku. Słowa, które tam padły, były niegodne przedstawiciela demokratycznego państwa, co spotkało się z jednoznacznym komentarzem międzynarodowej opinii publicznej. Okazywanie pogardy człowiekowi, który prosi o pomoc dla swojego kraju, jest przejawem braku empatii dla ofiar wojny.

„Ten, kto ratuje swój kraj, nie narusza żadnego prawa” – ta sentencja Napoleona w odniesieniu do Zełeńskiego jest jak najbardziej trafna. Ale o dziwo, Trump wypowiedział te słowa z myślą o Putinie, usprawiedliwiając jego zbrodnie. I powrót do wspólnego mianownika, do pogaduszek dżentelmenów, którzy w oparach absurdu, powodowani czy to alkoholem, czy to zimną kalkulacją, tworzą teorie pasujące do ich politycznej retoryki.

Jeden z moich kumpli jakiś czas temu wysnuł podobną (do tej biznesmena z Waszyngtonu), niedorzeczną teorię względem satrapy z Kremla (nie wiem, czy sam to wymyślił, czy usłyszał w tv republika), że on został sprowokowany przez Zachód i samą Ukrainę, która stała się zagrożeniem dla Moskwy, i to był konieczny ruch chroniący jego kraj. I bełkot ten doprowadził mnie do szewskiej pasji!

Bo tak naprawdę, to za co Trumpowi winien okazywać wdzięczność Zełeński? Co on zrobił dla Ukrainy, poza tym, że wstrzymał mu pomoc, że chciał oddać ziemie zajęte Rosji (tłumacząc, że Rosja poniosła straty ekonomiczne i ludzkie, i jej się należy), że chciał skolonizować Ukrainę, że jednostronnie przywrócił podmiotowość Putinowi i Rosji. Przyznaję, po kielichu można wygadywać różne bzdury, ale przed kamerami nie przystoi, a ja odebrałem je jednako. Tylko że rano można do kumpla zadzwonić, sprostować, wszystko w żart obrócić, jak to świat naprawialiśmy, i szafa gra. A po spotkaniu Trumpa z Zełeńskim nic, żadnej refleksji! I tylko kac moralny pozostał wszystkim, którzy to oglądali.

Ad vocem:

Salon Owalny czy salon obalny? Czego więcej obalono w tych „zakręconych ścianach”? Flaszek czy rządów? Ostatnia próba obalenia spaliła na panewce, ale na Kremlu na pewno obalono niejedną flaszkę, choć woleliby rząd. Człowiek bez garnituru nie dał się obalić przez garnitur bez człowieka, stąd ta frustracja. Coraz wyraźniej słychać głos z Waszyngtonu, że to Zełeński blokuje proces pokojowy, a on chciał jedynie uzmysłowić jego gospodarzowi, że ten pokój jest mocno „obalny”!

 

A friend indeed

„A friend in need is a friend in dick” – (indeed)! Ta niezamierzona parafraza angielskiego porzekadła jest jak najbardziej adekwatna do dzisiejszej rzeczywistości. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, ale to, co wybrzmiało z ust prezydenta nie było przejęzyczeniem. On świadom był sensu swych słów. Wiedział, co mówi, kiedy warunkował zachowanie przyjaciela od sytuacji, w której pech czy zrządzenie losu nas postawi. Bo to wybitny mąż stanu jest!

Ad rem, prezydent w obecności Kamali Harris (która parsknęła śmiechem) – był łaskaw przytoczyć własną interpretację angielskiego przysłowia „w biedzie prawdziwych przyjaciół ma się w ch..u”! (wolne tłumaczenie). No profeta, mąż opatrzności i zaufania! Szkoda tylko, że nikt tych słów nie wziął na poważnie (może przesłanie było zbyt mocno zakamuflowane?). Gdyby tak się stało, może dzisiaj z większym spokojem podchodzilibyśmy do decyzji Trumpa o wstrzymaniu pomocy militarnej dla Ukrainy, bo byśmy lepiej się przygotowali. Nikt bowiem nie zakładał takiej wolty ze strony dotychczasowego sojusznika i gwaranta bezpieczeństwa.

„Biznes is biznes” – powiadają. Trudno jest zrozumieć stanowisko Trumpa. Może on opacznie pojął inne powiedzenie: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, i poszedł za ciosem, dopowiadając sobie: jest moim wrogiem! I dlatego nie temu przykręcił śrubę. Powiadają też: „przysłowia są mądrością narodu”. Szkoda tylko, że życie tak boleśnie (może trafnie) weryfikuje ich sens. Ale może na pocieszenie przytoczę inne porzekadło, tym razem polskie: „Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą”. Gdyby tak zmienić jego sens i uszanować tego, którego sytuacja przycisnęła do ziemi, i zamiast być przysłowiową kozą, obciążeniem, stać się dla niego podporą, czyż nie byłoby piękniej? Pochyle drzewo to zagrożenie. Kiedy runie, nie wiadomo kogo przygniecie.

 

Prawo zachowania masy

Osiem miliardów obywateli Ziemi to sporo – że też ona jest w stanie udźwignąć taki ciężar. Ale czy zmiana ilościowa idzie w parze z jakościową? Zaczynam wątpić. No bo tak biorąc na zdrowy rozum, pula inteligencji, rozumu czy mądrości, jaka skumulowana jest na naszej planecie, musi być stała. I co innego, kiedy podzielona jest na miliard czy dwa miliardy głów, a co innego, kiedy na osiem, bo wtedy, kolokwialnie rzecz ujmując, zwiększa się populacja – za przeproszeniem – półgłówków. Co jest coraz bardziej zauważalne w takich czy innych kręgach.

Historia Ziemi to historia wojen, które paradoksalnie utrzymywały populację naszego gatunku na bezpiecznym poziomie. Dlatego na chwilę obecną najwyraźniej borykamy się z kryzysem przeludnienia, co dostrzegają co niektórzy wysoko postawieni decydenci, osobniki drapieżne, które postanowiły w porę zaradzić tej pladze. Bo nie dość, że spada ilość oleju w głowie (per capita), to na dodatek postępuje efekt cieplarniany, i szerzą się głód, brud i ubóstwo. Wszak każdego obywatela Ziemi trzeba odziać, umyć, nakarmi, itd.

Nasuwa się zatem pytanie: czy trzecią planetę od Słońca stać na takie zbytki? Niektórzy wysoko postawieni politycy uważają, że nie. Dlatego postanowili zmienić geopolitykę naszej planety. Aż dziw bierze, jak wielu apologetów w różnych krajach świata znajduje ideologia destabilizacji dotychczasowego status quo i redukcji osobników „mniej wartościowych”. Rewizjoniści, globaliści, dekabryści, populiści, szowiniści, rasiści itp. załamują ręce i biją na trwogę o los świata i swoich ojczyzn, obwiniając za obecny kształt kuli ziemskiej słabych bliższych i dalszych sąsiadów.

Usilnie przekonują swoich obywateli, że tylko rugowanie autochtonów z ich ziem oraz eksterminacja innych narodów jest sposobem na wyjście z kryzysu demograficznej nadprodukcji. O tym, które nacje zasługują na przetrwanie, a które winny zniknąć z powierzchni Ziemi, chcą decydować przywódcy mocarstw. A probierzem oceny ich przydatności w globalnym ekosystemie mają być wyrazy szacunku, wdzięczności i pokory. Jak to dobrze, że lata pacyfizmu i humanizacji ludzkości nie poszły na marne, a troska o przyszłość Błękitnej planety jest tożsama z troską o utracony rozum i zdrowy rozsądek.

PS Jeżeli nastąpiła taka degradacja „oleju w głowie”, to jest coś takiego, jak inteligencja zbiorowa. Może warto z niej skorzystać.

 

Wojna o pokój

Przez sześćdziesiąt trzy lata słowo wojna słyszałem nader często, ale jako słowo pozbawione bagażu doświadczeń. Sześćdziesiąt trzy lata, albowiem już w łonie matki to słowo odmieniane było przez wszystkie przypadki. Co prawda w czasie przeszłym, jako wspomnienie, albo w charakterze publicystycznym. Nigdy zaś jako bezpośrednie zagrożenie dla naszego jestestwa. Co prawda brzmiało ono złowieszczo, a skojarzenia z nim związane budziły grozę, ale jako abstrakcja bez wymiernych, namacalnych skutków nie stanowiło bezpośredniego zagrożenia.

Wojna w mojej głowie była sceną batalistyczną, ujętą w ramach obrazu wiszącego na ścianie, albo historią opisaną w zakurzonych książkach stojących na półkach czy kanwą scenariusza filmowego, ale nigdy wydarzeniem, które może się urzeczywistnić i stać się niebezpieczne dla życia mojego i moich bliskich. I nawet kiedy Rosja napadła na Ukrainę, mimo że to tuż za miedzą, wciąż myślałem, że to mnie nie dotyczy, bo „gdzie Rzym a gdzie Krym”. Unia Europejska, jej sojusze i gwarancje NATO zwiększały dystans do działań wojennych, a huk armat nie docierał do moich uszu.

Aż tu nagle – krach! Wszystkie ustalenia zawiodły i pozostała tylko bezsilność i upokorzenie. W 1939 roku o korytarz do Gdańska poszło, teraz o Przesmyk suwalski idzie. Każdy powód jest dobry, aby wszcząć wojnę. A wojna to nie tylko zniszczenia infrastruktury, zabór terenów, utrata niepodległości. To nie tylko śmierć bliskich i dalszych. Wojna to demon obezwładniający nas, odbierający nadzieję, niweczący marzenia i przekreślający plany na przyszłość, bo żadnej przyszłości nie będzie! Wojna to teatr działań, to asumpt dla artystów: malarzy, pisarzy, filmowców itp. Postarajmy się nie dawać im nowych tematów do twórczości, wszak jeszcze stare nie zostały do końca wyczerpane.

 

Polityczny miszmasz

Od jakiegoś czasu zacząłem odnosić wrażenie, że nasz świat stanął na głowie. Od momentu, kiedy Rosja napadła w 2014 roku na Ukrainę, cała zachodnia demokracja opowiedziała się po stronie poszkodowanego państwa i potępiła agresora, bo tego wymagała przyzwoitość i zdrowy rozsądek. Cały cywilizowany świat obłożył Kreml sankcjami i pomagał jak mógł Ukrainie, aby ta nie wpadła w ręce Moskwy. I tylko nieliczni (stojący po ciemnej stronie mocy), opowiedzieli się po stronie agresora.

Aż po jakimś czasie retoryka Putina przebiła się do świadomości opinii publicznej i wina najeźdźcy nie była już tak oczywista, jak pierwotnie to zdefiniowano. To imperium zła stojące po ciemnej stronie Księżyca, skrywające swe prawdziwe oblicze w strefie mroku, ani myślało uderzyć się w piersi i okazać skruchę. Ono na każdym kroku stosowało tę swoją sofistyczną logikę, obwiniając Ukraińców za sprowokowaną napaść, co miało usprawiedliwić jej postępek. Bo uwolnienie się spod kurateli Moskali i pragnienie dołączenie do rodziny wolnego świata, było rzuceniem rękawicy mocarstwu, próbą wybicia się na niepodległość.

Według polityki wielkomocarstwowej, kraje pomniejsze winny być wasalem seniora i płacić mu należne lenno. Wcześniejsze ataki na Gruzję i Czeczenię nie wywołały zdecydowanego sprzeciwu zachodnich mocarstw, co ośmieliło agresora do podjęcia kolejnych, bardziej radykalnych kroków w stosunku do sąsiada. W 2022 roku reakcja Zachodu była już bardziej zdecydowana, i cały demokratyczny świat zaczął mówić jednym głosem – do czasu! Od miesiąca białe przestało być białe a czarne, czarne. Agresor stał się ofiarą, a ofiara winowajcą. To Ukraina ma ponieść koszty wojny oraz pójść na daleko idące ustępstwa, w przeciwnym razie zostanie pozostawiona sama sobie.

Trudno jest nadążyć za tą błyskotliwą ekwilibrystyką Donalda Trumpa i jego akolitów. I w tym dyplomatycznym galimatiasie znalazła się Polska. Rozdarta na pół, nasza jedyna Ojczyzna. Choć z pozoru wszystkie ugrupowania są przeciw Rosji, to nie wszystkie są za Ukrainą. Jest pis, które staje po stronie Trumpa, człowieka, który zrównał agresora z ofiarą. Jest konfederacja, która idzie pod rękę z niemieckimi neonazistami. I jest Koalicja 15 października, która zachowuje zdrowy rozsądek. Która jest jedyną alternatywą dla naszego kraju.

Racja stanu to credo polityki obecnego rządu, czego jedynym gwarantem będą mądrzy prezydent i premier, których nikt nie ośmieli się nazwać małymi człowieczkami, i nie będzie przetrzymywał w poczekalni zdarzeń.

 

Deus ex machina

Skąd to święte oburzenie premiera na europosłów opozycji? Więcej empatii i zrozumienia im się należy, wszak nie jest im łatwo! Utracili wszystko: władzę, stołki, pieniądze… Tak wytrawny gracz powinien wiedzieć, że nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Stąd ich odmienne zdanie względem wszystkiego, co mogłoby poprawić notowania rządu. Głosowanie przeciw Tarczy Wschód przez eurodeputowanych pis i konfederacji, choć szkodliwe dla państwa, to jednak było decyzją racjonalną, zgodną z ich koncepcją państwa. Ci z konfy to oszołomy niewarci komentarza, ale ci z pis, ich postawa względem Polskiej Racji Stanu i bezpieczeństwa narodowego, z ich perspektywy była ze wszech miar słuszna, uzasadniona i godna reprezentanta Ojczyzny. No bo jak głosować „za”, kiedy w kraju czystki, prześladowania, inkwizycja, „palenie na stosie”?!

Gdyby rząd i prokuratura odpuściły, może punkt widzenia polityków zjednoczonej prawicy (który zależy od punktu siedzenia) zmieniłby się na bardziej koncyliacyjny, i dobro państwa, a nie partii, byłoby priorytetem. Ale państwo nieugięte jest, więc „szykanowani” przez władzę muszą bronić własnej tożsamości, wizerunku i bezpieczeństwa. I nie dziwota, bo co tam zewnętrzne zagrożenie, kiedy wewnątrz wrze i trudno przewidzieć, do kogo zapukają służby o szóstej rano i wywleką z ciepłego łoża, zakuwając w kajdany (a oni niewinowaci są!).

W sytuacji totalnego zagrożenia ze strony aparatu władzy, obrona własnych interesów jest jak najbardziej zrozumiała, bo z Ruskimi idzie się dogadać, a z Koalicją 15 października – nie! Ich jedyna nadzieja w przyszłym prezydencie Nawrockim, a kampania ma swoje prawa. Dlatego im bardziej zaszkodzą państwu, tym gorszą cenzurkę wystawią rządowi, co nie pozostanie bez wpływu na głosy wyborców i ich ewentualny parasol ochronny. Kiedy jego zabraknie, zostaną rzuceni na pożarcie wymiarowi sprawiedliwości, a Temida jest ślepa…

Obecne europejskie przyspieszenie i twardy kurs na wzmocnienie militarne, w dużej mierze inspirowane przez polską dyplomację, też jest nie w smak opozycji, bo siłą rzeczy wizerunek rządu i jego sukcesy, to oręż w walce z nią. A kto przy zdrowych zmysłach będzie na siebie bat kręcił? Niedawne turbulencje na linii rząd polski i amerykański były wodą na młyn opozycji, która nie bacząc na aspekt konfliktu, nie szczędziła naszym politykom słów krytyki, biorąc stronę mocarstwa. Tymczasem mocarstwo, nie zważając na sytuację geopolityczną, wypięło się na Europę i na Ukrainę, stając po stronie Rosji! Utrzymujący się od jakiegoś czasu trend niechęci do Ukraińców i wojny w Ukrainie, też nie pozostaje bez wpływu na zachowanie opozycji, i stanowi doskonały przyczynek do ataku na rząd, nie zważając na kruchość paktów i traktatów oraz niestabilność emocjonalną amerykańskich elit.

Podsumowując zachowanie opozycji, stwierdzić należy, że jej ruchy – ze wszech miar obrzydliwe i irracjonalne z punktu widzenia interesu państwa, rządu i uczciwych obywateli – z jej punktu widzenia mają głęboki sens, albowiem wszystko, co ona czyni, czyni zgodnie z politycznymi regułami. Wszak nie wzmacnia się przeciwnika, nawet wtedy, kiedy jedzie się na jednym wózku, bo słabego zawsze można wykopać, przejąć kierownicę i zmienić kurs. Nie bacząc, niestety, na wytrzymałość wehikułu…

 

Jeden głos, wspólny los

Eksperci z dziedziny politologii, stosunków międzynarodowych czy wojskowości coraz częściej wypowiadają się o obecnych czasach, jako o czasach przedwojennych, sugerując (z większym lub mniejszym przekonaniem) możliwość wybuchu konfliktu zbrojnego na naszym kontynencie, jako reakcję Rosji na słabość militarną, ekonomiczną oraz demograficzną Europy. Na szczęście dla nas to nie są profeci, tylko naukowcy, dlatego ich subiektywne wnioski, jakie wyciągają na podstawie bardziej lub mniej wiarygodnych doniesień medialnych lub innych źródeł, są mniej lub bardziej prawdopodobne. Jednakowoż nie ulega wątpliwości, że coś wisi w powietrzu.

Nieważne, jak bardzo defetystyczne są ich komentarze, to fakty dowodzą niezbicie, że przez wojnę w Ukrainie sytuacja międzynarodowa na Starym Kontynencie stała się bardzo niestabilna. Ten zbrojny konflikt, toczący się za naszą wschodnią granicą, już dawno przestał być zatargiem lokalnym, dlatego rezonując na politykę gospodarczą i militarną świata, zmienia jego dotychczasowy porządek geopolityczny. Na tle tych działań, w wielu krajach UE coraz częściej dochodzą do głosu ugrupowania ultraprawicowe oraz nacjonalistyczne, które deprecjonując dorobek Wspólnoty, próbują budować „Europę ojczyzn”, jako alternatywę dla jej obecnej formuły.

Pod populistycznymi hasłami obrony tożsamości narodowej, w polityce izolacjonizmu i ksenofobii, na własną rękę szukają sposobu na zagwarantowanie bezpieczeństwa i dobrobytu swoim obywatelom. W wirze tych niepokojących wydarzeń, w naszym kraju toczy się kampania prezydencka, w której środowiska chadeckie, prawicowe i skrajnie prawicowe, nie zważając na interes narodowy, używają analogicznej retoryki do zdobycia poklasku wśród najmłodszego pokolenia naszego społeczeństwa.

Cyniczne próby oskarżania obecnego rządu o uzależnianie polskiej polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa oraz gospodarki i prawa od Brukseli, Berlina, Paryża, to manipulacja, perfidny sposób na odwrócenie uwagi obywateli od prawdziwych mocodawców prawicowych ugrupowań. Coraz wyraźniejsze konotacje pis z promoskiewskim Orbanem, Fico, Simonem, to nic innego, jak cicha deklaracja akceptacji polityki Putina, zajadłego wroga zjednoczonej Europy! Zaś retoryka konfederacji, jej afirmacja Kremla oraz AfD i wielopłaszczyznowy eurosceptycyzm, to już nie gra polityczna czy głupota, a zdrada stanu!

Ten naiwny machiavellistyczny populizm, ten blichtr i swada w przekazie do młodego pokolenia, to żerowanie na naiwności i braku doświadczenia, to odwoływanie się do etosu Polaka bohatera, ten powrót do archetypu Polaka i patriarchatu, to wykorzystywanie emocjonalnej niedojrzałości, zasługują na jednoznaczne potępienie. Ale to „cel uświęca środki”, więc kampanijny przekaz, póki skuteczny, będzie szlifowany na każdym wiecu. I znajduje odbiorców! Gdzie była szkoła? Kto przygotowywał programy nauczania przedmiotów humanistycznych: historia, język polski (literatura), wos czy ten nieszczęsny hit – przedmioty, których tematyka raz na zawsze powinna ukształtować świadomość i postawę obywatelską młodego Polaka.

Gdzie został popełniony błąd? Nasi przodkowie przewracają się w grobach widząc, jak marnotrawiona jest spuścizna narodowa, a ich krew przelana za ideały i wolną Polskę, przelana na próżno. Pewnie, że nie można żyć przeszłością, ale wyciągać z niej wnioski – jak najbardziej! Teraz, w obliczu kolejnego zagrożenia ze strony Rosji, Polacy wyciągają do niej rękę, a UE, która jest jedynym gwarantem naszego bezpieczeństwa – w narracji pis i konfy – jest głównym zagrożeniem naszej tożsamości i suwerenności. Żołnierze AK, Żołnierze Wyklęci, im też prawica pluje w twarz. A przecież to ich idole i prekursorzy walki z komunizmem, z Moskwą!

O stołki wszystkim chodzi, nie o dobro Ojczyzny! Ale kiedy nie będzie zgody narodowej, Ojczyzna przestanie istnieć jako suwerenny kraj. Jest szansa, aby zewrzeć szeregi i zakończyć wojnę polsko-polską (przynajmniej na ciężkie czasy). Ta szansa to Rafał Trzaskowski, prezydent wszystkich Polaków, nie zaś partyjny aparatczyk, który dla poklasku i partykularnych interesów storpeduje wszystkie ustawy, jakie podejmie rząd. Tylko dla zasady. Było liberum veto, jest koabitacja. Ale na obecne czasy potrzebna jest jedna myśl i wspólne działanie w celu obrony granic i niepodległości Ojczyzny. Nie straćmy tej szansy. Drugiej może nie być.

Waldemar Golanko

 

Zobacz też poprzedni odcinek felietonów pana Waldemara:

Nasze felietony: Własny punkt widzenia (24). Zasłona dymna Trumpa

 

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy