Muzyczne szepty miłości, czyli walentynkowy koncert Brevis w BCK
Walentynkowy koncert wieczorem 13 lutego miał być świętem emocji. Było elegancko, nastrojowo, z odświętną oprawą i wierną publicznością w sali Bialskiego Centrum Kultury im. B. Kaczyńskiego w Białej Podlaskiej. A jednak po zakończeniu koncertu studia wokalnego Brevis w powietrzu unosiło się coś więcej, niż tylko echo romantycznych melodii. Unosiło się poczucie rozczarowania.
Nie chodzi tu o brak zaangażowania. Młode wokalistki po raz kolejny stanęły na scenie z odwagą i energią. Problem leżał gdzie indziej: w koncepcji i doborze repertuaru. Bo w przypadku zespołów amatorskich właśnie to decyduje o tym, czy koncert stanie się wydarzeniem, czy jedynie poprawną prezentacją.
Przez poprzednie lata lutowe występy, przygotowywane pod kierunkiem instruktora Krzysztofa Olesiejuka, budowały markę Brevis, jako projektu ambitnego, przemyślanego i artystycznie konsekwentnego. Publiczność przychodziła nie tylko dla walentynkowej atmosfery, lecz także po to, by obserwować rozwój wokalny uczestniczek i smakować repertuar, który potrafił zaskoczyć dojrzałością wyborów.
Tegoroczna edycja pokazała jednak, że dobra passa nie jest dana raz na zawsze.
Koncert zatytułowany „Muzyczne szepty miłości” miał oddać różne oblicza uczucia – od subtelnej tęsknoty, po namiętność i dramat. Tymczasem część zaproponowanych utworów sprawiała wrażenie przypadkowych lub zbyt wymagających interpretacyjnie. Włączenie do programu takich piosenek jak „Testosteron” Kayah czy „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko można było odczytać jako próbę poszerzenia walentynkowej formuły. Problem w tym, że w wykonaniu młodych artystek zabrakło im wyrazistości i scenicznej pewności, które pozwoliłyby unieść ciężar tych kompozycji.
Jeszcze wyraźniej niedostatki ujawniły się w aranżacjach. Ballada „Wicked Game” Chrisa Isaaka, utwór oparty na oszczędności i napięciu, w wersji trzygłosowej utracił swoją hipnotyczną prostotę. Zamiast intymności, pojawiła się formalna poprawność. Zamiast emocjonalnej ciszy – techniczna konstrukcja. A przecież w muzyce miłosnej mniej często znaczy więcej.
To właśnie nadmiar ambicji zdaje się być największym problemem tegorocznego koncertu. Amatorskie zespoły nie muszą mierzyć się z repertuarem „z najwyższej półki”, by brzmieć dojrzale. Przeciwnie – ich siłą bywa szczerość i adekwatność wyborów do realnych możliwości wykonawczych. Gdy repertuar wyprzedza kompetencje, efekt bywa odwrotny od zamierzonego.
Czy to znaczy, że koncert był nieudany? Nie w całości. Były momenty poprawne, były przebłyski scenicznej swobody. Jednak, jako spójna całość, wydarzenie pozostawiło poczucie niespełnionej obietnicy. A to w przypadku projektu z taką historią i renomą jest sygnałem ostrzegawczym.
Brevis udowodnił już, że potrafi przygotować koncerty poruszające i przemyślane. Tegoroczna edycja pokazuje jednak, jak istotne są konsekwencja programowa i artystyczna dyscyplina. Publiczność jest wymagająca nie dlatego, że chce krytykować, lecz dlatego, że pamięta, jak dobrze potrafiło być.
Walentynki to nie tylko okazja do świętowania uczuć, ale też sprawdzian wrażliwości. W tym roku wrażliwość ustąpiła miejsca ambicji. A ambicja – jeśli nie towarzyszy jej pokora wobec repertuaru – bywa niewystarczająca.
Tomasz Węgrzyn
zdjęcia Bialskie Centrum Kultury























Komentarze
Brak komentarzy