Kącik książkowy: Philomena Cunk, czyli lekcja historii, jakiej jeszcze nigdy nie było

Kącik książkowy: Philomena Cunk, czyli lekcja historii, jakiej jeszcze nigdy nie było

Czy historia ludzkości ma sens? Czy piramidy zbudowano tylko po to, żeby mieć ładne tło do selfie? Dlaczego wynaleziono pieniądze, skoro można było po prostu się dogadać? I co to właściwie jest internet – poza miejscem, gdzie ludzie kłócą się o pizze z ananasem? Na te i wiele innych pytań Philomena Cunk, samozwańcza ekspertka od wszystkiego, udziela odpowiedzi, których nikt nie potrzebował – ale każdy powinien przeczytać.

„Świat według Cunk. Ilustrowana historia wszystkich* wydarzeń, które się wydarzyły (*O ile wystarczy miejsca)” to książka historyczna i literatura faktu na wesoło od Wydawnictwa Insignis.

Rzymianie! Madrygały! Wieki ciemne! Lewolucja! Trąbki! Wojny światowe 1-2! Wszystko to (poza trąbkami) i jeszcze więcej znajdziecie w tej kompletnej, ilustrowanej i wyjątkowo przystępnej historii całej historii ludzkości, autorstwa Philomeny Cunk – jednej z najwybitniejszych historyczek, filozofek i myślicielek XXI wieku.

Skupiając się na wynalazkach, sztuce i geniuszach, którzy sprawili, że dzisiejszy świat jest nie do zniesienia, Cunk stworzyła dzieło, przy którym bledną wszystkie inne książki historyczne. Więcej: Świat według Cunk czyni je zupełnie zbędnymi, bo przedstawia całość dziejów człowieka – od narodzin pierwszego dziecka jaskiniaków aż po wynalezienie emoji z kupą.

Z typowym dla siebie brakiem wiedzy, ale nadmiarem pewności siebie, Cunk prowadzi czytelnika przez całą historię świata – od Wielkiego Wybuchu, przez średniowiecze, aż po współczesność, w której wszyscy mają opinię.

Błyskotliwie głupia, bezczelnie mądra i nieprzyzwoicie zabawna – ta książka to parodia encyklopedii, lekcja historii, jakiej nigdy nie było, i doskonały prezent dla każdego, kto lubi się śmiać z ludzkiej powagi.

Niektórzy twierdzą, że historię piszą zwycięzcy. Ale to nieprawda – historię piszą Philomeny. A raczej Philomena. Ta osoba z okładki. Tak, i z TikToka też.

*   *   *

Składniki (alergeny oznaczono pogrubioną czcionką): Philomena Cunk (Cunkius Philomenias), Egipcjanie, pszenica, Grecy, Rzymianie, wieki ciemne, wyciąg z renesansu, George Washington DC, esencja wojny, Fido Castrol, Crash Bandicoot, David Hasselhoff, USB-C, mój kumpel Paul, Leonardo D.A. Vinci, emulgator. Może zawierać śladowe ilości pozaeuropejskiej historii.

Wyprodukowano w fabryce książek o świrach.

 

Wydawnictwo Insignis. Tłum. Katarzyna Dudzik, Michał Strąkow. Oprawa miękka, 296 stron, format 140×209, ISBN 978-83-68352-97-9. Premiera: 12 listopada 2025 r.

 

Kto zna, ten wie. Philomena Cunk, grana w telewizji przez Diane Morgan, to niezbyt rozgarnięta pseudo-dziennikarka, której znajomość faktów historycznych jest raczej mglista. A jednak – gdy już przyzwyczaisz się do satyry, nagle potrafi wrzucić zdanie, które trafia w samo sedno. To dlatego, że jej teksty pisze Charlie Brooker, twórca serialu „Black Mirror” i autor oryginalnego programu BBC „Cunk on Earth”.

 

Opinie o książce:

Caden (portal Lubimyczytać.pl): Zabawna i absurdalna. Czyli dokładnie taka, jakiej się spodziewałem. Przyjemna rozrywka na nudne popołudnia. Wielkie ukłony w kierunku tłumaczy – zachowanie sensu wszystkich gier słownych musiało być nie lada wyzwaniem i udało się znakomicie.

Mamażona-KOBIETA (portal Lubimyczytać.pl): To nie jest zwykła książka pokazująca nam historię, a wręcz przeciwnie. Ona jest zupełnie inna niż wszystkie, a wiedza w niej zdobyta niekoniecznie pozwoli nam zabłysnąć. Jednocześnie jest to pozycja, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Dlaczego? Ponieważ jest po prostu świetna, pełna humoru, a także dość specyficzna. To po prostu książka, z której może i nie wyniesiemy ogromnej wiedzy, ale będziemy się doskonale bawić.

Diana (portal Lubimyczytać.pl): Historyczne absurdy, zabawa słowem i sarkastyczne pokazanie historii to cała Philomena Cunk. Kto ją kiedykolwiek oglądał, ten będzie wiedział, jakiego klimatu się spodziewać. Ta książka jest taka jak postać Philomeny: niby omawia dzieje historii, ale w ironiczny sposób, z dużym przymrużeniem oka, uśmiech sam wypływa nam na twarz. Wszystko to okraszone zabawnymi ilustracjami naszej autorki. Jeśli podejdziesz do tej lektury jako do czegoś na poprawę humoru i nie obrażasz się za umniejszenie pewnych zasług wybitnych jednostek, nie bulwersują cię dziwne porównania, a zabawa słowem to twoja pasja, to ta krótka książka sprawi Ci wiele radości.

 

źródło: Wydawnictwo Insignis

zdjęcia Wydawnictwo Insignis FB

 

Przeczytaj też o innej prezentowanej przez nas ostatnio nowości książkowej: Kącik książkowy: Nie przestajesz być szpiegiem tylko dlatego, że wypadłeś już z gry

 

Przeczytaj fragment książki „Świat według Cunk”:

 

Rozdział 1

Pierwszy rozdział

3 miliony lat p.n.e. – 0 milionów lat p.n.e.

Ten rozdział opowiada historię pierwszych ludzi. Zaczyna się od mężczyzn zabijających zwierzęta, żeby się najeść, a koń­czy na mężczyznach zabijających innych mężczyzn dla roz­rywki, co pokazuje, jak szybko wynaleziono najważniejszą cywilizacyjną innowację – czas wolny. Ten sam czas wolny, z którego właśnie korzystacie, czytając to między jednym a drugim spojrzeniem w telefon.

Jak w każdej książce historycznej, początek (tam, gdzie nie ma jeszcze sławnych ludzi ani urywków z telewizji i wszystko wydaje się trochę niejasne) jest najnudniejszy. Ale nie pomijajcie go, bo pewnie kryje się w nim jakiś motyw przewodni. Albo wskazówka, kto okaże się mordercą.

Jaskiniacy

Ludzie tacy jak ja nie pojawili się na Ziemi tak po prostu, od razu, w pełni ubrani. Najpierw musieliśmy lewoluować. I wy­naleźć spodnie. Spodnie, które dobrze leżą, ale wymagają minimum prasowania. Bo nie mam czasu prasować. Wszyscy jesteśmy dziś zajęci. Musimy słuchać podcastów i rozwiązy­wać łamigłówki.

Pięć milionów lat temu, kiedy branża podcastowa dopiero raczkowała, a Wordle było prymitywną rybą kostnoszkieleto­wą, kilka małp w Afryce nauczyło się chodzić na dwóch no­gach, prawdopodobnie po przeczytaniu instrukcji w jakiejś książce. Ci pierwsi ludzie nazywali sami siebie jaskiniakami. I jaskiniaczkami. I jaskinioosobami (onu/jenu). Zakładali jaskiniorodziny, mieli jaskiniodzieci i mieszkali w jaskinio­domach, nazywanych w skrócie jaskiniami.

Jaskiniacy byli w gruncie rzeczy małpami 2.0. Zawstydze­ni tym, że stracili całe swoje małpie futro, wpadli na pomysł, żeby wydrążyć futrzaste zwierzęta i zamieszkać w ich cia­łach. Można powiedzieć, że chodzili po świecie przebrani za własnych dziadków.

Niektórzy jaskiniacy byli myśliwymi, inni zbieraczami. Myśliwi polowali na zwierzęta, a zbieracze na truskawki, co było dużo łatwiejsze. Przedstawiciele plemion myśliwsko­-zbierackich przemieszczali się z miejsca na miejsce, bo nikt jeszcze nie wymyślił porządnych toalet, więc wszędzie, gdzie się zatrzymywali, natychmiast zaczynało śmierdzieć gów­nem. Pierwsi ludzie nie nosili ubrań. Chociaż biegali na gola­sa, w podręcznikach nie zobaczymy ich genitaliów. Naukow­cy uważają jednak, że je mieli, i żeby to podkreślić, nazwali ich Homo erectus, w ramach swego rodzaju naukowego żartu.

Te wczesne formy istot ludzkich (które wcale nie wiedzia­ły, że są za wcześnie; myślały, że pojawiły się punktualnie) in­teresowały się kamieniami, ponieważ żyły w epoce kamienia.

Stonehedge

Ludzie epoki kamienia nie interesowali się tylko głupimi ma­łymi kamieniami. Fascynowały ich także głupie duże kamie­nie. Ustawiali więc gigantyczne głazy w kręgi bez żadnego konkretnego powodu, jak w Stonehedge, największej i jedy­nej atrakcji turystycznej tamtych czasów.

Stonehedge (od staroangielskiego słowa stone, które zna­czy stone, i słowa hedge, które znaczy hedge) służyło do mie­rzenia czasu, niczym zegar. Ale z biegiem lat ogromne ka­mienne wskazówki odpadły. Zresztą nikt i tak nie pamiętał o nakręcaniu mechanizmu.

Jeśli chcieliście wtedy znać aktualny czas, jechaliście do Stonehedge i pytaliście kogoś, kto pałętał się w pobliżu, któ­ra jest. A on odpowiadał: epoka kamienia. Większa precyzja nie była potrzebna, ponieważ zanim dotarliście na miejsce, mijało tyle czasu, że i tak nie zdążylibyście na swój seans w kinie. Ale ponieważ ludzie nie wynaleźli czasu przez ko­lejne dziesięć tysięcy lat (i nawet nie mieli pojęcia, że tyle im to zajmie), Stonehedge popadło w ruinę.

Sztuka jaskiniowa

Jaskiniakom zawdzięczamy nie tylko wiele wynalazków z ka­mienia, ale też dwie inne ważne rzeczy, których używamy do dziś: ogień – służący do odstraszania zwierząt, oraz sztu­kę – służącą do odstraszania ludzi. Ogień to taki oswojony gaz, który można przechowywać w patykach. Oprócz cie­pła daje też światło, dzięki czemu jaskiniacy nie musieli już kłaść się spać, gdy słońce wyłączało się na noc. Ale ponieważ do iPhone’a brakowało jeszcze paru milionów lat, musieli znaleźć sobie coś do roboty podczas długich wieczorów bez YouTube’a. I tak, chociaż byli tylko trochę bardziej odpico­wanymi niedźwiedziami, wymyślili sztukę.

Polegało to głównie na obrysowywaniu dłoni i malowa­niu patyczkowatych zwierzątek, ale był to pierwszy krok ku wielkiej sztuce, jaką znamy dziś, czyli na przykład proszeniu sztucznej inteligencji, żeby wygenerowała Ostatnią wieczerzę, w której wszyscy są Garfieldami.

Większość malowideł naskalnych przedstawiała proste historyjki o krowach i powstała z pigmentów zmieszanych z tłuszczem zwierzęcym. Innymi słowy, obrazy zwierząt ma­lowano przy użyciu produktów odzwierzęcych, co jest iro­niczne, tak jak wiele współczesnych dzieł sztuki w zamyśle ich twórców. Jaskiniacy wierzyli też, że dzięki swoim ma­lunkom mogą kontaktować się ze światem duchów, bo nikt jeszcze nie wynalazł starszych pań występujących w objaz­dowych seansach spirytystycznych, podczas których można pogadać ze swoją zmarłą babcią i przy okazji zapytać, gdzie schowała biżuterię.

Sztuka jaskiniowa miała jednak swoje wady. Jeśli dziś zro­bię zdjęcie (pewnie byłoby to zdjęcie mojego lunchu), mogę wrzucić je na Instagrama i od razu zobaczy je cały świat. Ma­lunki jaskiniowe były natomiast przyklejone do skał, więc jeśli chcieliście je komuś wysłać, musieliście podnieść jaski­nię i rzucić nią w odbiorcę, co, nawet jeśli wykonalne, było raczej niebezpieczne. Na dodatek kiedy ktoś dostaje jaskinią w łeb, zwykle nie ma już ochoty doceniać subtelnych niuan­sów sztuki znajdującej się w środku. Medium samo w sobie jest przekazem, cokolwiek to znaczy. I właśnie dlatego roz­wój cywilizacji trwał tak długo, przez co ta książka też jest długa. Co to ma być? Jedenasta strona, a my wciąż tkwimy przy durnych krowich malunkach?

Sztuka jaskiniowa skłania nas do zatrzymania się i uda­wania, że myślimy. Te żałosne mazaje są – co wydaje się wręcz niewiarygodne – absolutnym szczytem artystycznych osiągnięć jaskiniaków, którzy nigdy nie zbudowali katedr ani akweduktów, bo każdą godzinę swojego nędznego żywota spędzali w drodze, polując i zbierając, polując i zbierając, polując i zbierając tylko po to, by zdobyć jedzenie na stół. Byli jednak tak zajęci polowaniem i zbieraniem, że nawet stołu nie wymyślili, i musieli jeść na podłodze niczym dzieci z podstawówki na wycieczce w muzeum.

Życie w epoce kamienia musiało się wiązać z tyloma nie­pewnościami co praca dla Ubera. Ale los ludzi miał się wkrót­ce odmienić. Dzięki wynalezieniu agresjokultury.

Agresjokultura

Agresjokultura miała swój początek w ciepłym, wilgotnym obszarze znanym jako Żyzny Półksiężyc, co brzmi jak sproś­ne określenie intymnych części ciała kobiety, ale nim nie jest, bo w przeciwieństwie do intymnych części ciała kobiety można znaleźć jego całkiem dokładne rysunki w podręczni­ku do historii. Znajduje się na terenach współczesnego Iraku (Żyzny Półksiężyc, nie podręcznik do historii).

To właśnie w Żyznym Półksiężycu, zwanym dziś Mezo­potamią, ktoś po raz pierwszy wpadł na to, że zamiast tułać się z miejsca na miejsce i zbierać rośliny po kątach, można je wszystkie posadzić na jednym polu i mieć problem z gło­wy. Po co błąkać się po świecie z nadzieją, że zwierzęta oraz plony same wejdą nam do ust, skoro można pójść na skróty i stworzyć miejsce, gdzie jedzenie będzie dostępne cały czas, czyli gospodarstwo rolne?

Gospodarstwo rolne to coś jak wyrastający z ziemi supermar­ket. Pierwsi rolnicy udomowili zwierzęta, ucząc je, by dawały im jajka, mleko oraz kawałki siebie do przerobienia na burgery.

Rolnictwo musiało być niesamowicie skomplikowane dla ludzi pierwotnych, jeśli weźmie się pod uwagę, że podobnie jak ja nie mieli pojęcia, w jaki sposób działają rośliny. Jedną z pierwszych rzeczy, które wynaleźli rolnicy, był chleb, co jest totalnym absurdem, bo przecież zdrowy rozsądek pod­powiada, że pierwszy przepis na coś z trawy powinien być dużo prostszy. Trawa z błotem. Zupa z trawy. Quiche z błota. Trawiasto-błotne coś tam jeszcze innego.

Czym w ogóle jest chleb? Nikt tego nie wie. Na dodatek kiedy go wynaleziono, ludzie nie bardzo wiedzieli, co z nim zrobić, bo kanapki wymyślił dopiero jakieś czterdzieści lat temu niejaki S. Ubway.

Pierwsi rolnicy wynaleźli także płot. To hipernowoczes­ne drewniane pole siłowe pozwalało im trzymać zwierzęta w jednym miejscu, dzięki czemu nie musieli ganiać po rów­ninach jak idioci. I tak ludzie zniewolili owce, psy, konie oraz krowy. Jeśli coś było niesmaczne, siadali temu na grzbiecie.

Ponieważ rolnicy nie musieli już tułać się po bezdrożach, wynaleźli siedzenie w domu. Był to jeden z największych skoków cywilizacyjnych i powód, dla którego mamy dziś Netfliksa.

Rolnictwo sprawiło, że ludzie mieli czas na zajęcia inne niż szukanie mamutów, więc nauczyli się wielu nowych umie­jętności. Budowania domów. Planowania miast. Parkouru. Cywilizacja zaczęła się zaczynać. (…)

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy